Po ponad tygodniu od Maratonu Pieszego na 125 km w Dobiegniewie, w którym miałem przyjemność wziąć udział, znalazłem nareszcie trochę czasu aby opisać to co tam się wyprawiało.
Jechałem do Dobiegniewa z założeniem, pokonania trasy 125 km w czasie poniżej 20h. Założenie to było wyśrubowane, ale przy założeniu 1,5h na 10 km, pogodzie iście wiosennej oraz przygotowaniu się do imprezy na dość dobrym poziomie (fizycznym) było realne.
Oczywiście na parę dni przed imprezą bacznie śledziłem prognozę pogody i ku mojemu przerażeniu na dzień przed rozszalała się wichura. Dla mnie nie robiło to żadnej różnicy, ale moja kochana żona zaczęła mówić stanowcze nie. Nie dziwiłem się jej, widmo pozostania z czteromiesięcznym dzieciakiem bez prądu i wody sama w domu skutecznie temperowało moje zapędy. Na szczęście następnego dnia rwypogodziło" się, przynajmniej jeśli chodzi o wiatr.
19 stycznia z samego rana wyruszyłem do Dobiegniewa. Można powiedzieć, że maraton zaczął się już na Głównym" w Poznaniu. Wszystkie pociągi miały spóźnienia od 20 min. do czasu nieokreślonego. Miałem wyjechać o 8:38, a do Poznania nie dotarły jeszcze pociągi odjeżdżające o godz. 3:30. Wszystko co leciało" w kierunku Szczecina miało największe spóźnienia. Na miejscu dawałem sobie zapas na drzemkę i chyba zostałem zmuszony do rezygnacji z tej części pobytu w bazie zawodów. Około 11.20 udało mi się wyruszyć z Poznania i z przesiadkami transportem kombinowanym dotarłem do Dobiegniewa o godz. 13.30. W biurze zawodów poinformowano mnie, że jestem jednym ze szczęśliwców, którym udało się dotrzeć na miejsce (większość była jeszcze daleko w trasie).
O 14:00 wydano mapy, żeby samemu nanieść 14 pkt. kontrolnych - jest trochę czasu do startu aby wybrać sobie wariant trasy. W związku z sytuacją pogodową organizator przesunął start z 17:00 na 19:00.
18:00 odprawa techniczna, o 18:30 udaliśmy się w rejon startu gdzie miało miejsce oficjalne przywitanie uczestników imprezy przez w-ce burmistrza, wspólna fotka (ostatnia w takim gronie - potem do końca zostało nieco mniej niż połowa zawodników).
Do startu pogoda w miarę - deszcz z małymi przerwami. Start odbywał się w deszczyku. Na starcie stanęło ostatecznie 72 zawodników i zawodniczek (parę osób wystartowało z lekkim opóźnieniem bo dopiero dojechali).
Po sygnale startowym wszyscy ruszyli z miasteczka w kierunku zachodnim do 1 pkt. (ok. 4 km). Najpierw niemrawo, niby to marszem, ale gdy z asfaltu odbiliśmy w lewo w polną drogę, zaczął się wyścig do punktu.
I zaczęło się! Droga polna widziana w mdłym świetle czołówki okazała się niezłym bagnem (dosłownie i w przenośni - pełno wody w koleinach a wokoło grząskie pola). Do tego z nieba runęła ulewa deszczu ze śniegiem i lodowaty wiatr w plecy. 5 minut i byłem calutki mokry. Z prawej strony niedaleko widać światła jadącego pociągu. Dlaczego mnie tam nie ma w tym ciepłym, jadącym do domu pociągu!!! Nagle, KU..A !!! Przywróciło mnie do rzeczywistości - gość przede mną zaliczył glebę na śliskiej drodze - zdążyłem go przeskoczyć. Zimno!!! Do tej pory trzymałem się czuba, ale musiałem spasować. Zatrzymałem się żeby ubrać ortalion, który prawie wywiało mi z ręki na wietrze (trzeba ochronić ostatni suchy ciuch na ciele - rmajty"). Teraz trzeba nadgonić, a w tym błocie to niełatwa sprawa ( kto biegł w Mogilnie i pamięta drogę w lesie to może sobie wyobrazić, z tym, że tam to był rlajcik"). Doszedłem do kumpla z Mińska Maz. i od tego momentu trzymaliśmy się razem. W sumie dalej napieraliśmy we czwórkę (drugi gość z Mińska i kolo z Warszawki). Po 1 pkt-cie wszystko się ustabilizowało: pogoda się poprawiła - do rana nie podało, droga zrobiła się w miarę sucha, zaczął się las, ci co mieli zostać to zostali a faworyci wyrwali do przodu. My trzymaliśmy się założenia: 1 godz. truchtu, 15 min. marszu połączonego z odżywianiem. Nie była to łatwa sprawa bo w lesie co kawałek leżały powalone przez wichurę w poprzek drogi drzewa.
Pkt. nr 2 usytuowany był na wieży widokowej. Ładne miejsce tylko szkoda, że w nocy nic nie było widać (do rana nie będziemy czekać). W drodze na 3 pkt. zaczęliśmy powoli dochodzić tych co odeszli na początku. Zostawiliśmy z tyłu 6 osób i tak zaczęliśmy przesuwać się do przodu w okolice pierwszej dziesiątki. Nastroje się poprawiły. W butach już mniej chlupało. To był jakiś 15-16 km. Do tej pory rłatwe" punkty. W drodze na 4 pkt. zaczęło się lekkie kręcenie - za bardzo pod końcówkę zniosło nas na południe. To co zyskaliśmy poszło w plecy. Powrót na prawidłową drogę i dobieg do punktu. Niebo niby bezchmurne, pełno gwiazd, ale rciemno jak w d.... u Murzyna!".
Najgorsze przed nami. Trudny 5 pkt. Polecieliśmy wariantem kolegi z Mińska. Po 6 km okazało się, że na mapie zaznaczony szlak zielony okazał się nie zaznaczonym w terenie. Tu dopiero zaczęła się jazda. Zrobiliśmy niepotrzebnie 3 km. Wracać nie ma co bo będzie plus 3 km. Lekko się wróciliśmy i poszliśmy drogą na północ, która według naszych obliczeń powinna być zielonym szlakiem. Zaczęło doskwierać zimno - na otwartej polnej przestrzeni trochę wiało, a my parę razy stawaliśmy aby prześledzić mapę. Wpadliśmy do lasu, a tu po 1,5 km droga zrobiła rkoniec". Nigdzie po drodze nie widzieliśmy rznaku ślepa droga". Cóż, kompas i przedzieramy się przez las na rkrechę". Uff, po 200m jest droga. No to naprzód spotykamy gościa, który odłączył się od innej grupki bo uznał, że tamci się rkręcą". Ha, ha, ha, dobrze, że nie wiedział co myśmy zrobili. Maszerujemy teraz w piątkę. Nie da się potruchtać, bo można nie trafić w odpowiednią drogę. Wydaje się, że jest ich jakby więcej niż to wynika z mapy. Dochodzimy kolejne osoby. Nagle droga przechodzi w ścieżkę, która wije się w gęstej trawie. Wchodzimy w gęsty las i ścieżka kończy się w nim. Pod nogami lekko się ugina i zrobiło się mokro. Z mapy wynika, że rtniemy" zabagniony odcinek chyba z prawej strony jeziora. Gdzie ta droga. Zrobiło się gęsto, pełno leżących gałęzi (pozdzierałem piszczele i łydki). Jest droga, ale gdzie teraz?! Jest jakaś droga na północ, ale czy to ta? Z mapy ciężko wyczytać okazuje się, że w tym miejscu jest ona niedokładna. Przedzieramy się przez jakąś łąkę, potem brzegiem jakiegoś bagna, wchodzimy do lasu. Jest droga, chyba wiemy która. Straciliśmy kupę czasu lecimy w kierunku 5 pktu. Za jakieś 2 km dopadamy jeziora, przy którym, przy pomoście jest nareszcie punkt. Patrzę na zegarek - 1,5 h w plecy. Musimy zrobić, krótką przerwę. Jedzenie, rozciąganie się, zmiana skarpet i naprzód. Dalej napieramy znowu czwórką. Pozostali wybrali okrężny wariant. Mieli lekko dosyć tego pętlenia. Okazało się na mecie, że wszyscy mieli mniejsze lub większe problemy z dotarciem do piątki. Punkt był gdzieś na 30-33 km, a my zrobiliśmy już jakieś 40 km. U mnie stopy zaczęły wysyłać sygnały, że zaczynają się odparzać (wilgoć w butach).
Lecimy dalej na 6 pkt. Teraz już będą prostsze punkty. Zaczęły się leśne autostrady. Na 7 pkt. wymuszona dłuższa półgodzinna przerwa. Punkt umieszczony na ambonie. W środku zastaliśmy gościa, który spasował - źle się czuł. Zdrzemnął się pół godzinki pod folią NRC i schodzi do przepaku. W spadku po nim dostaliśmy dwa banany. Patrzę na swoje stopy. Są już w opłakanym stanie. Doszedł do tego pęcherz na lewej pięcie. Kumple z Mińska też lekko narzekają: jeden na stopy, drugi na obtarte rjajka". Tylko Warszawiak w świetnej formie. Dźwigamy tyłki i ruszamy dalej. Ciężko. Jest gdzieś ponad 50 km. około 5:00 rano. Męczy mnie sen. Idę przysypiając. Zostaję z tyłu. Podbiegam. I tak kilka razy. Można powiedzieć, że się zdrzemnąłem.
7:00 - 8 pkt. Na mapie jest, w terenie go nie ma. Ma być tablica przy parkingu, tylko gdzie jest ten parking?!!! Chłopaki z Mińska zasnęli zrezygnowani pod drzewem, a ja z Warszawką biegamy po asfalcie i szukamy parkingu. Na szczęście jest już widno i widać daleko. Jest parking, ale 600m w prawo, tylko, że tam też nie ma punktu. Po lesie pętliło się już parę osób. po zmarnowanych 40 min. próbujemy dodzwonić się do organizatora i dowiedzieć się co z tym punktem. Tylko jest mały problem. Wichura uszkodziła nadajnik rPlusa" a organizator ma telefon w plusie. Dupa! Lecimy dalej na dziewiątkę. Szkoda czasu. Dobra decyzja, bo jak się okazało później, to ósemka została źle ustawiona (jakieś 3 km różnicy!!!).
Po drodze na dziewiątkę zaczęło najpierw siąpić a potem padać (i tak już do końca pozostanie). Z mapy wynika, że trasa biegnie między jeziorami po moście przez szeroki strumień. W rzeczywistości wszystko się zgadza, tylko gdzie jest ten mostek? Nie ma - przeprawiamy się po leżących w poprzek gałęziach. Ja zliczyłem prawym butem wodę, kolega z tyłu podarował sobie te gałęzie. Po 9 pkt. zostało ok. 8 km. do przepaku (10 pkt.). Tragedia, lewy achilles wysyła ostrzegawcze sygnały. Niedobrze. Ostatnie 3,5 km do dziesiątki to asfalt przez pola, deszcz, wiatr i ból stóp. Jest przepak, 75 km. Przerwa na przebranie się, wypicie gorącej kawy i zjedzenie zupy, uzupełnienie wody w camelu i odżywek. Jest około 11:00. Okazało się, że przed nami dotarło tutaj raptem 15 osób, z czego dalej ruszyło 7. Pod tym względem nie jest, źle. Gorzej ze stopami moimi i Tomka oraz odparzonym i poodzieranym krokiem Krzyśka (on naprawdę źle wygląda). Warszawiak w dobrej formie. Co dalej? Decyzja - napieramy dalej (desperaci)!
Wychodzimy około 12:00. Przed nami wyszły jeszcze 4 osoby. Leje. Droga na 11 pkt. to najpierw błotnista droga, później nasyp kolejowy starej kolejki. 83 km. Ciężko. Achilles puchnie i nieźle boli, ale wyrywam do przodu i ciągnę chłopaków. Kontroluję czas, 10 km robimy w 2 h. Nie da rady szybciej. Docieramy na 12 pkt. (93 km). Nie ma punktu, albo to my nie możemy go znaleźć. Okazało się, że to my daliśmy ciała. Kontuzje i zmęczenie utwierdziły nas w przekonaniu, że organizator znowu coś nie tak ustawił. Padliśmy na ziemię. Warszawiakowi zaczęło siadać kolano. Jest po 17.00 ściemnia się. Po 30 min. ciężko wstaliśmy i ruszyliśmy dalej. Następne 3 km. robiliśmy prawie w godzinę. Wychodzimy z lasu droga idzie pod górkę do wioski Zatom. Ledwo podchodzę. Dostaję telepki, bierze mnie gorączka. I tu zapada decyzja (Tomek odważył się i stwierdził, że nie damy dalej rady). Chyba wszyscy na to czekali. Pasujemy (ok. 98 km, w nogach ok. 110 km) jest po 18:00. Wszyscy wyglądamy jak po niezłej bitwie. Nakłaniamy jednego z mieszkańców do podwózki za 60 zł. Do mety jakieś 25 km. Około 20:00 docieramy do bazy. Nareszcie. Ledwo się doczłapaliśmy na piętro do legowiska. Na miejscu w bazie na razie ukończyło maraton z powodzeniem 9 osób w tym dwie panie (niektórzy nieźle zmasakrowani). Dowiadujemy się, że większość zawodników dotarła tylko do przepaku, a potem pasowali. Jedna z osób z czołówki padła" na ostatnim punkcie (to pech).
Dokonałem oględzin stóp. Tragedia. Podeszwy wyglądały jak biała galareta, na lewej pięcie niezły rkalafior", albo raczej to co z niego zostało, no i nieźle spuchnięte ścięgno. Kondycja fizyczna w dobrej formie, psychiczna trochę gorzej (bo daliśmy się pogodzie). Wieczoru za bardzo nie pamiętam, bo zasnąłem na siedząco. Rano powrót (dzięki Wiechowi dotarłem dość szybko i wygodnie do Poznania).
Podsumowując: imprezę ukończyło 21 osób z 72 które wystartowały (w tym dwie kobiety), 19 osób zmieściło się w 30 godzinnym limicie, czas najlepszego to 19 h i min. U mnie pozostał niedosyt i kontuzja eliminująca z treningów na 2 tygodnie oraz postanowienie, że w przyszłym roku tak łatwo się nie dam. Osobiście wszystkim polecam tego typu imprezy (całkowicie inna bajka niż kaliska setka). Oczywiście trzeba przed takim wyjazdem trochę się przygotować - zainwestować odrobinę grosza w odpowiedni sprzęt, przygotować się z podstaw prowadzenia nawigacji, która mimo mapy turystycznej tutaj się niejednokrotnie przydawała. No i podstawa to odporność psychiczna i fizyczna. A potem to już niezła zabawa.
Myślę, że niedługo na takich imprezach będzie można wystawić ekipę Maniaków (na dzień dzisiejszy wiem, że parę osób jest zainteresowanych). Wszystkich zainteresowanych zapraszam, a na wszelkie pytania z chęcią odpowiem pod mailem: . Dodatkowo różne ciekawe rzeczy można podpatrzeć na stronie www.napieraj.pl .
Pozdrawiam, Paweł Szymczak - Pablo.
PS. Pozdrówki dla Wiecha. W lutym jak pogoda pozwoli to coś rzrobimy" w WPN.